Ratuję Kubusia

Wakacje!

Na wszystko ostatnio brak czasu… Pogoda trzyma nas całymi dniami poza domem, z dala od komputera, a wieczorami nadrabiam obowiązki domowe, stąd na blogu ciiiisza. Winna jestem choćby krótkie podsumowanie naszych  ubiegłorocznych wczasów… Tak, tak, nie pomyliłam się. Opisuję wczasy, na których mieliśmy być rok temu. Pomimo szczerych chęci, na głowę pospadało wtedy tyle spraw, problemów… Musieliśmy odpuścić.

W tym roku nawet nie zastanawialiśmy się kiedy i gdzie jechać. Decyzja zapadła szybko. Chociaż miejsce wydaje się banalne, a zalety Chorwacji w celu letniego wypoczynku oczywiste, to dla nas najważniejszy był klimat. Nie w rozumieniu pogody (choć i ona się spisała), czy atmosfery (również bez zarzutu:)) a w kontekście wilgotności i stopnia zasolenia powietrza. Samo oddychanie tamtejszym powietrzem stanowiło świetną formę inhalacji- nienachalną, bez użycia „sprzętu”, jałowego preparatu, czasu. Inhalacja odbywała się przez cały pobyt nad pięknym wybrzeżem! Mimo to, nie zrezygnowaliśmy z używania nebulizatora, drenażu, leków. Od nich nie ma wakacji. Na szczęście te „rytuały” są już tak zakorzenione w rytmie każdego dnia, że odbywają się bez większego namysłu, negocjacji. Gdy zbliżała się pora inhalacji, Kubuś zabierał z plaży swoje zabawki i sam szedł w kierunku apartamentu. A my za nim:) Niestety, ta gorliwość nie przejawiała się podczas posiłków… Z tym u nas problem od zawsze… Chociaż zdarzają się „przebłyski”, np. Kubie wyjątkowo przypadły do gustu miejscowe frykasy- małże:)

Przygotowania do wyjazdów to dla mnie zawsze jakiś kosmos… Milion myśli na minutę, bo trzeba pamiętać o lekach, ubezpieczeniu, dokumentacji, zakupie bucików, kremów, środka przeciw owadom itp, itd. Także samo pakowanie przy Kubusiu, to niełatwa sprawa. Nie umieliśmy znaleźć kompromisu w kwestii tego, co będzie nam potrzebne na miejscu. Kuba z nadzwyczajną determinacją i konsekwencją wyjmował starannie ułożone przeze mnie ubrania z walizki by na ich miejsce włożyć samochodzik, 3 klocki, bębenek i sowę… Ostatecznie jednak udało się przez to przebrnąć i całkiem nieźle się spisaliśmy:)

Te wakacje były nam potrzebne. Każdy z nas czerpał z nich to, co było dla niego najważniejsze, najpotrzebniejsze.

Kubuś niesamowicie się rozwinął, pod każdym względem. Bardzo dojrzał, co zbliżyło go do nieuniknionego buntowniczego etapu… Chociaż w jego wykonaniu nawet ten bunt jest uroczy:)

Patrzenie na jego rozpromienioną buźkę, gdy wrzucał do morza kamyczki, jak zachwycał się motocyklami (mój Syn!), jak przeżywał pływanie motorówką (moja krew!)…

Pewnie nawet nie przyszłoby nam do głowy, że burza z gradobiciem może przynieść tyle radości! Zastała nas któregoś popołudnia, w jednej z wąskich, kamienistych uliczek Sibenika. Schronienia szukaliśmy pod parasolem przy restauracyjnym stoliku, jednak na tę ulewę nie było mocnych… Musieliśmy się schować w knajpie, chociaż gdy zdołaliśmy dotrzeć do jej drzwi i tak już ociekaliśmy cali ciepłym deszczem. Burza przeszła tak szybko jak przyszła, chociaż jeszcze długo po jej ustąpieniu, uliczki miasta opłukiwała spływająca woda. Kubusia ten widok jakby olśnił i bez chwili namysłu (i oczekiwania na naszą reakcję) pognał wprost do świeżo powstałego „strumyka” przemaczając kompletnie skarpetki i buty. A wtedy dopiero się zaczęło! Po zdjęciu mokrego okrycia stóp żądza pławienia się w wodzie była jeszcze silniejsza! Nie do opanowania! Wyobraźcie sobie ten widok- bosy chłopiec, biegnący malowniczymi uliczkami, śmiejący się wniebogłosy, czerpiący obłędną przyjemność z tej wolności, tej chwili! Takich anegdot mogłabym opowiadać tysiące, każdy dzień przynosił co najmniej kilka równie ekscytujących odkryć, każde absolutnie cudowne!

Cieszyliśmy się tymi wakacjami niemniej niż Kubuś, chociaż może nie okazywaliśmy tego aż tak spontanicznie;) Byliśmy spokojniejsi- wypalona słońcem ziemia, kamienie pokryte solnym nalotem z morskiej bryzy, wszystko „bezpieczniejsze” pod względem bakteriologicznym od wiecznie wilgotnej polskiej ziemi…The three of us

Oczywiście nie zapomnieliśmy o ruchu! Bieganie było możliwe tylko wczesnym rankiem i późnym wieczorem. W ciągu dnia było zwyczajnie zbyt ciepło… Podbiegi dawały w kość, ale w takich okolicznościach,to sama przyjemność:)Oczywiście nie zapomnieliśmy o ruchu:)

Kubuś więcej czasu spędzał z Tatą i był tym faktem zachwycony. Tata też:) Tylko kątem oka podglądałam jak pochłaniała ich zabawa, której reguły były znane tylko im… Uśmiech samoistnie malował się na ustach…Jaki ojciec, taki syn...

Tęsknię za całymi dniami spędzanymi w komplecie i snuję już marzenia o przyszłychwakacjach… Czyż nie byłoby cudownie spędzac całe dnie żeglując…? To jeszcze nieprędko uda się zrealizować, ale marzyc przecież można…;)DSC_0073

Krabik Gdzie by tu popłynąć...?




oddzielenie
  • Facebook
  • Pinterest
  • Twitter
  • Google Plus
  • RSS
  • Email
  • Add to favorites

Dodano 28 lipca 2014 do kategori: Rodzicielstwo, W naszym stylu • Otagowano jako: , , Dodaj komentarz

Napisz komentarz