Ratuję Kubusia

Trochę inna bajka…

Wcale nie tak dawno temu, we wcale nie tak odległej krainie, wydarzyła się pewna historia, którą dzisiaj chcę opisać. Być może, okaże się ona dla Ciebie przestrogą, być może otworzy Ci oczy na pewne sprawy, być może da Ci iskierkę nadziei. Może się też zdarzyć, że wyda Ci się ona zupełnie bez znaczenia, ale wiedz, że prędzej czy później w życiu każdego człowieka zdarza się coś, z czym wydaje mu się, że sobie nie poradzi i takie właśnie doświadczenia, otwierają oczy na wartości, których wcześniej nie dostrzegaliśmy… Być może dopiero wtedy, dostrzeżesz w tej historii „coś” dla siebie…?

 

Była sobie dziewczyna i był sobie chłopak. Zakochali się, pobrali i doczekali się potomka. Wszystko właśnie tak- po prostu, bez większych komplikacji, problemów. Zapewne już się domyślasz że coś jednak poszło nie tak, ale nie masz jeszcze nawet pojęcia, jak bardzo…

 

U dziecka zdiagnozowano chorobę i był to początek ciężkiej przeprawy. Początki życia w nowych realiach były ciężkie, nawet bardzo, ale ich nie złamały. Nie pokonały ich, bo się kochali i wierzyli w siebie i w to, że sobie poradzą. Gdy wydawało się, że wszystko już tak się skomplikowało i zagmatwało, że już bardziej nie może, jak to zwykle bywa, zaczęły dochodzić dodatkowe trudności, komplikacje, powikłania, na które kompletnie nie byli gotowi jako ludzie. Byli zwyczajnie zbyt niedojrzali (wbrew wskazaniom metryki).

 

Choroba dziecka postępowała, a ich nie omijały też przeciętne problemy, które wbijały kolejne szpilki w coraz bardziej zmęczoną parę, skutecznie utrudniając im dostrzeżenie faktycznych zagrożeń, które na nich czyhały. Starali się ze wszystkich sił dbać o zdrowie dziecka,  gasić bieżące „pożary”, jednak ciągle coś odkładali na później. Zazwyczaj był to odpoczynek, szczera rozmowa, rozwój duchowy, emocjonalny, inspirująca lektura.

 

Czuli, że coś im umyka, więc postanowili ruszyć tyłki z kanapy i zacząć uprawiać sporty- w końcu to zdrowe, na pewno pomoże. Pomogło. Na chwilę. Zaczęli wyszukiwać kolejne zajawki, wyzwania, byle tylko ktoś (a najbardziej zawsze bali się samych siebie) nie zarzucił im, że robią zbyt mało. Byli w ciągłym ruchu, by samemu wierzyć, że nie mają czasu na nic więcej. Dawali z siebie wszystko. Podział ról, który pierwotnie miał pomóc im ogarniać szeroko rozumiane wspólne dobro, pchał każdego z nich w inną stronę. Okazał się nie sprawiedliwy, dawał każdej ze stron coraz większe poczucie niedosytu w którejś sferze, które to nieumiejętnie próbowali zapchać. Ciągle zajęci, nie mieli czasu na zastanowienie się, czego tak naprawdę im, potrzeba/brakuje.

 

Oboje zawsze byli dość praktyczni- pewne tematy przyjmowali jako fakt niepodważalny. Na przykład to, że lekarz zajmuje się leczeniem i jest to efektem wielu lat nauki i praktyki, więc to jego przywilej i odpowiedzialność. Nie było w tym myśleniu nic złego i nieprawdziwego, jedynie stwierdzenie to, było niekompletne. Zabrakło w nim miejsca, na własną odpowiedzialność wynikającą ze stosowania się do zaleceń. Robili to bardzo sumiennie. Tak bardzo, że żadnemu z nich, nie przyszło nawet do głowy, że mogą zrobić coś więcej. Na taką refleksję zdobyli się dopiero wówczas, gdy zauważyli, że proponowane rozwiązania nie przynoszą oczekiwanych rezultatów. Problemy zdrowotne ich dziecka zdawały się nie tylko nie słabnąć, a wręcz jedne dolegliwości, lawinowo ciągnęły za sobą kolejne. Z przerażeniem obserwowali obrót wydarzeń i pewnie dalej stali by patrząc na to co  się dzieje, gdyby nie fakt, że dotyczyło to ich ukochanego dziecka- najcenniejszej wartości, jaką kiedykolwiek udało im się stworzyć…

 

Nie otworzyli oczu i umysłów w tym samym czasie. Na początku był to jednostronny wysiłek i ciężka walka. Przede wszystkim z samym sobą, swoimi dotychczasowymi poglądami, wpajanymi latami stereotypami, schematami. Setki przeczytanych artykułów, książek, wysłuchanych podcastów, rozmów z bardziej doświadczonymi w dziedzinie osobami, ujawniły swój wspólny mianownik. Dla nich, okazał się być zmianą sposobu odżywiania. Zmianą drastyczną, bezkompromisową i szalenie niewygodną. Dieta eliminująca bardzo wiele grup produktów, bazująca wyłącznie na produktach nieprzetworzonych, wymaga dużo pracy, czasu, determinacji i konsekwencji. Szczęśliwie zmiana ta, szybko przyniosła efekty- stan zdrowia dziecka zaczął się wreszcie poprawiać! Poprawa była bezdyskusyjna, więc bez najmniejszych wymówek brnęli w obranym kierunku. Oczywiście nie było to rozwiązaniem wszystkich problemów, ale już sam fakt poprawy w najważniejszym aspekcie, dał dużo wytchnienia, wewnętrznego spokoju i nadziei.

 

Bardzo szybko okazało się, że jedna mała zmiana, pozwoliła otworzyć umysły także w innych dziedzinach. Zaczęli szukać motywacji do dalszych zmian, znajdywać, a właściwie lepiej gospodarować czas, by starczyło go na rozwój osobisty. Nieuchronnie doprowadziło to do identyfikacji kolejnych słabych stron, a czasem nawet toksycznych relacji, które trzeba było odsunąć. Jak trudne czasem to było, wiedzą tylko oni…

 

Nie jest to historyjka, w której nagle wszystko zaczęło się układać i wszyscy żyli długo i szczęśliwie. Problemy codzienności, a także te nietypowe nie zaczęły ich omijać, ale teraz podchodzili do nich z zupełnie innym nastawieniem i świadomością. Przede wszystkim jednak, znów walczyli razem.

 

Pewnie już od dłuższego czasu zastanawiasz się dlaczego Ci to opisuję…? Powodów jest kilka.

 

Trochę potrzebuję usystematyzować to co ostatnimi laty wydarzyło się w naszym życiu, by zamknąć ten rozdział wyciągnąwszy z niego najważniejsze wnioski.

 

Trochę dlatego, że ta historia pokazuje, jak w ciągu kilku lat, można w wielu sferach życia dojrzeć do dźwiganych na karku trzydziestu paru, a może nawet trochę bardziej…

 

Trochę dlatego, że dzięki tym wydarzeniom ruszyła pewna przemiana, której na szczęście nie da się już zatrzymać. Dążenie do bycia codziennie lepszą osobą. Bardzo się cieszę, że chociaż nikt mnie tego nie nauczył, mogę nauczyć tego moje dziecko, by ruszało w życie dojrzałe emocjonalnie i świadome siebie i własnej wartości.

 

Trochę też dlatego, że część osób które to czyta, zdecydowały się pomóc nam w walce o naszego synka, przekazując 1% lub inną formę darowizny. To dla nas bezcenny wyraz zaufania i dlatego tym bardziej zależy mi, żeby dać coś w zamian- mogę zaoferować przynajmniej szczerość…

 

Kolejnym powodem jest też to, że każda litera, słowo, zdanie, które zostanie tu w przyszłości zamieszczone, będzie konsekwencją właśnie tych przejść…




oddzielenie
  • Facebook
  • Pinterest
  • Twitter
  • Google Plus
  • RSS
  • Email
  • Add to favorites

Dodano 25 marca 2017 do kategori: Bez kategorii, Rodzicielstwo, W naszym stylu • Otagowano jako: , , Dodaj komentarz

Napisz komentarz