Ratuję Kubusia

Przerwa techniczna, dobrze wykorzystana!

Minęło sporo czasu od ostatniego wpisu. Nie jest to kwestią zaniedbania, zapomnienia czy lenistwa. Wprost przeciwnie! Cisza na blogu była spowodowana tym, że wzięłam się mocno do roboty:) Staram się być człowiekiem czynu, a nie słowa, dlatego bez oficjalnych zapowiedzi zaczęłam działać. A efekty…? Są już widoczne!

Stało się to, co stać się musiało. Skończył się okres uśpienia, skończyły się komplikacje, skończyły się wymówki. Oczy zoperowane, wzrok odzyskany a wraz nim wiele możliwości. Całą energię poświęciłam ostatnio na realizację tego, o czym tak bardzo marzyłam w trudnym okresie. Pamiętam dokładnie, gdy rok temu żar lał się z nieba, Kubuś praktycznie nie jadł, a ja bałam się każdego dnia przeżytego po omacku… Nadzieja na to, że nadejdą dni takie jak teraz, praktycznie trzymała mnie przy życiu, nie pozwalała popaść w depresję.

Pamiętam projekcje jakimi się wtedy karmiłam, jak powtarzałam w myślach „Aśka, dasz radę, weź się w garść, jeszcze wytrzymasz. Skończysz karmić piersią, poddasz się operacji i wszystko będzie inaczej. Za rok rozłożysz Kubusiowi basenik i będziesz z błogim uśmiechem obserwować jak radośnie się w nim pluska… Gotowanie obiadu zajmie ci połowę mniej czasu, bo będziesz już pamiętać ile jest w czym tłuszczu, ręka nie będzie się już tak trzęsła przy wysypywaniu granulek kreonu, będziesz sięgać  po nowe produkty, znajdziesz te które będą Kubusiowi służyć. Spokojnie będziesz się przemieszczać po domu nie zastanawiając się nad tym gdzie co zostawiłaś, bo po prostu to zobaczysz. Wychodząc na spacer z Kubusiem na rękach nie będziesz się bała zejść po schodach, nie będziesz potrzebowała asysty by przejść przez jezdnie. Dasz radę. Jeszcze trochę… ”

Dałam radę.  Przetrwałam ten okres i teraz do każdego dnia podchodzę z entuzjazmem, którego możliwe że nie potrafiłabym z  siebie wydobyć gdyby nie te wspomnienia. Doceniam to, że dostałam tę szansę i nie zamierzam jej zmarnować.

A już ostatecznie do działania pchnęły mnie słowa, które wypowiedziałam zachęcając Kubusia do jedzenia: „Smacznego Synku, jedz żebyś miał siłę, to smaczne i zdrowe”. Po tych słowach zawachałam się. Przyjżałam się zawartości talerza… Ziemniak, pulpet, sos koperkowy na zasmażce… Hmmm, dietetykiem nie jestem, ale możnaby skomponować to zdrowiej… Kubuś zjadł ładnie, a ja przez cały czas myślałam, że w tym posiłku mogłam dostarczyć mu więcej witamin, więcej „dobrego” tłuszczu, więcej wartościowych smaków. Uderzyło mnie to, jakie to było oczywiste. Do tamtej pory wydawało mi się, że robię wszystko co możliwe żeby zadbać o zdrowie Kubusia, a nie przyszło mi do głowy że mogę mądrzej odżywiać. Oczywiście wcześniej także nie było mi obojętne co i kiedy Kubuś je, stosowałam zalecenia diety wysokobiałkowej, wysokotłuszczowej, hiperkalorycznej, ale nie myślałam o jedzeniu jako o ważnym elemencie profilaktyki.

Zaczęłam szukać, czytać, kupować z większą rozwagą, inaczej gotować. Kubuś od razu zaakceptował nowe smaki, ciężej było Mateuszowi, ale docenił moje starania i wsuwa quinoę aż furczy:)

Czujemy się lepiej, mamy więcej energii, którą trzeba pozytywnie spożytkować:) Regularnie biegamy lub trenujemy. Kubuś patrzy jak wybiegam w kolorowych butach i już wcale się temu nie dziwi. Widzi, że dbamy o siebie, choć każdy z nas ma inne wymagania, stosuje inne  procedury, ale mianownik jest wspólny- pracujemy nad sobą żeby czuć się i żyć lepiej:)  Endorfiny które w nas buzują sprawiają, że „gorszych” dni jest mniej, chwile słabości nie są tak dojmujące, mamy więcej cierpliwości, wyrozumiałości, jesteśmy lepszym małżeństwem, jesteśmy lepszymi rodzicami. Dla Ciebie Kubusiu!

Ktoś może powiedzieć, że ulegliśmy modzie, ale moda, trendy mają to do siebie że przemijają, zmieniają się. Wiem, że w tym konkretnym temacie tak nie będzie, bo mam przed oczami jasny cel. Zdrowie mojej rodziny. Wiem że będziemy wystawiani na różne próby i wiem też, że nie poddamy się bez walki, którą toczymy nieustannie, na wielu płaszczyznach, często z własnymi demonami, słabościami.

Nie stawiam sobie za cel konkretnych sportowych osiągnięć. Nie na tym mi zależy. Nie robię tragedii, gdy któreś z nas ma ochotę na zjedzenie czegoś o wątpliwych jakościowo wartościach odżywczych. Dopóki są to wyjątki, nie zagrażają celowi.

Co się zmieniło od podjęcia decyzji o zmianie trybu życia? Zmieniło się wiele:
– Kubuś zaczął wreszcie przybierać na wadze. Nie wiem na ile to zasługa nowej diety a na ile efekt ustąpienia negatywnych objawów ząbkowania… Stawiam na efekt synergii;) Na pewno rzadziej pobolewa go brzuszek i ma lepsze samopoczucie.
– Noszę rozmiar spodni 34. Po raz pierwszy od studiów. Nie straciłam nie wiadomo ile kg, chociaż gołym okiem widać że jestem znacznie zgrabniejsza, węższa tu i ówdzie. Każdy kg tłuszczu przetopiłam w mięśnie i czuję się świetnie:)
– Mateusz, pomimo odpowiedzialnej pracy, jest spokojniejszy. Lepiej znosi stres.
– Lepiej się rozumiemy, lepiej się dogadujemy. Od nowa patrzymy na siebie z fascynacją, podziwem, chociaż wydawało nam się że znamy się już na wylot i ten etap mamy dawno za sobą.

Gdybym zaczęła drążyć temat na pewno przytoczyłabym wiele pozytywnych konsekwencji, ale te są najważniejsze i w zupełności wystarczające by utwierdzić mnie w tym, że obraliśmy dobry kierunek i przy każdym posiłku mogę z czystym sumieniem powiedzieć „Smacznego, na zdrowie!”.




oddzielenie
  • Facebook
  • Pinterest
  • Twitter
  • Google Plus
  • RSS
  • Email
  • Add to favorites

Dodano 13 czerwca 2014 do kategori: Bez kategorii • Otagowano jako: , , 1 Komentarz

Komentarze
  1. Magda napisał(a):

    To życzę wytrwałości, samozaparcia i zdrowia. Dla Waszej całej trójki! Szczególnie na nie zasługujecie!!

Napisz komentarz