Ratuję Kubusia

Mamy siebie

Wiał delikatny wiatr, który marszcząc taflę wody sprawiał, że morze mieniło się milionami brylantów. Słońce zachodziło pomału, jakby jeszcze zerkało czy aby na pewno wygrzało należycie piasek, opaliło dokładnie ramiona, osłodziło pomidory… Z satysfakcją chowało się w końcu za szczytem góry, wyrastającym jakby prosto z morza. I ten szum… Jakby fale kotłując sprzeczały się  o to, która pierwsza obmyje małe stópki, która dosięgnie dalej, która zagarnie muszelkę. Z zapałem rzucały się na brzeg, by chwilę później wycofać się spełnione. Ależ tam było pięknie!

Czas jakby zwolnił, zmartwienia wyblakły (podobnie jak włosy),uśmiechy się rozciągnęły. Tylko i aż przez tydzień. Jakie to było ważne, potrzebne nam wszystkim! Bo o czym opowiadalibyśmy sobie przed zaśnięciem na tym szpitalnym łóżku? Czym miałabym ukoić szczypanie rączki od kroplówki? Jak miałabym uzasadnić po co ta nasza walka,po co bolesne badania, po co takie życie…?

Bo jest piękne. Bo są fale, które za jakiś czas znów połaskoczą stopy wywołując uśmiech. Bo jest wiatr, który przegoni czarne chmury znad naszych głów. Bo słońce osuszy łzy. Bo mamy siebie.




oddzielenie
  • Facebook
  • Pinterest
  • Twitter
  • Google Plus
  • RSS
  • Email
  • Add to favorites

Dodano 25 lipca 2015 do kategori: Bez kategorii, Rodzicielstwo, W naszym stylu • Otagowano jako: , , , , Dodaj komentarz

Napisz komentarz