Ratuję Kubusia

Jak zmieniłam nawyki żywieniowe

Nie jest tajemnicą, że już od dłuższego czasu bardzo dbam o to co jemy. Właściwie nigdy nie było mi to obojętne, zawsze wydawało mi się, że jemy zdrowo. Dlaczego nie miało to zbyt wiele wspólnego z rzeczywistością, opisałam już w jednym poście http://ratujekubusia.pl/6-pytan-ktore-pomoga-trwale-i-skutecznie-zmienic-nawyki-zywieniowe/

Moje myślenie (a także poziom wiedzy) w zakresie odżywiania, było wtedy bardzo zbliżone do wszystkich sceptyków, którzy wyśmiewają eliminację glutenu, mleka, cukru etc.: „bo zawsze się tak jadło i wszyscy żyjemy”. Chciałabym ich z tego miejsca serdecznie pozdrowić i pogratulować szczęścia zdrowia i tego że nie muszą rozpatrywać tego co jedzą bo i tak dobrze się czują. Niestety u nas sytuacja wyglądała inaczej…

 

PUNKT WYJŚCIA

Właściwie od urodzenia, Kuby nie odpuszczały (tak! mogę użyć czasu przeszłego!) problemy trawienne. W piątym tygodniu życia zdiagnozowano u niego mukowiscydozę i jeden z najczęstszych jej objawów- zewnątrzwydzielniczą niewydolność trzustki, ale zanim jeszcze się o tym dowiedzieliśmy, trafiliśmy do szpitala z powodu niedożywienia. (Dodam tylko, że Kuba jadł niemal non stop, nauczył się ssać efektywnie- sprawdzałam na wadze po każdym karmieniu- a laktację rozkręcił tak, że pytano mnie, czy karmię trojaczki). Pomimo dopisującego apetytu nie przybierał na wadze i nie przyswajał tego co zjadał. (Tutaj też wtrącę, że karmiąc nie jadłam mleka i jego przetworów, smażonego mięsa i innych wzdymających potraw- wszystko zgodnie z zaleceniami). Po potwierdzeniu diagnozy rutynowo zalecono włączenie do diety enzymów trawiennych. Niestety i one niewiele zmieniły… Kolejnym zaleceniem było włączenie do menu maluszka bardzo tłustego i kalorycznego mm, które faktycznie sprawiło, że waga powoli ruszyła, podobnie jak po włączeniu odżywki węglowodanowej. Wszystko fajnie, tylko że wchłanianie się nie poprawiło, zmieniła się jedynie podaż kaloryczna… Problemy z trawieniem były na każdym kroku bagatelizowane, bo przecież „przybiera na wadze, fajnie wygląda”. Testy alergiczne nic nie wykazywały, a każda dolegliwość była kwitowana jako wynik niedojrzałości układu pokarmowego, złej podaży enzymów i mukowiscydozy. Prowadziłam dziennik, gdzie spisywałam wszystkie obserwacje dotyczące posiłków, wypróżnień, stersu, pogody, podaży enzymów, dosłownie wszystkiego co mogło mieć wpływ na trawienie, ale na próżno, bo nie mogłam się odnieść do stanu optymalnego… Byłam tym wyczerpana i zdesperowana zaczęłam poszukiwać innych sposobów na poprawę.

 

POCZĄTKI

Bardzo szybko natknęłam się na informację, że gluten i mleko może zaburzać trawienie, ale jak niby miałam je wykluczyć, gdy stanowiły podstawę jego diety? Kanapka z masłem i szynką była jedynym posiłkiem w formie stałej, którą malec był skłonny zjeść… Nie byłam gotowa na takie zmiany, więc wprowadzałam to, co wydawało mi się wykonalne. W naszej diecie pojawiło się dużo kaszy jaglanej, gryczanej, podawanych na przeróżne sposoby. Na stół wkroczyło dużo więcej warzyw. Posiłki stawały się coraz prostsze, komponowane z mniejszej ilości składników, za to bardziej przemyślanych. Było lepiej, ale wciąż nie było dobrze. Kuba nie chorował dużo, pod warunkiem że przebywał w domu. Gdy zdarzyło się gdzieś wyjść, wracaliśmy z zapaleniem krtani, katarem, a nawet krztuściem (na który przecież był szczepiony). Dalej czytałam, szukałam, uczyłam się o wpływie pożywienia na funkcjonowanie organizmu, zaczęłam szukać diet leczniczych. Trafiłam ponownie na ten sam trop- przy chorobach metabolicznych i immunologicznych (choroby tarczycy m.in Hashimoto i Gravesa-Basedowa, stwardnienie rozsiane, autyzm, toczeń, borelioza, łuszczyca, endometrioza, reumatoidalne zapalenie stawów, zespół chronicznego zmęczenia, choroba Leśniowskiego-Crohna itd) zaleca się w pierwszej kolejności odstawienie produktów wywołujących stan zapalny- gluten, mleko, cukier. Nie mogłam tego ponownie zignorować. Postawiłam wszystko na jedną kartę. W najgorszym przypadku problem złego wchłaniania (wówczas na poziomie 60%-potwierdzone badaniami), mógł zmienić się w gorszy apetyt… Byłam przygotowana na to jakie mogą pojawić się niedobory, reakcje organizmu, wiedziałam co muszę kontrolować. Nasłuchałam się co prawda, że chcę zagłodzić dziecko, że wymyślam mu choroby i stwarzam problemy, ale to osobna historia… Wiedziałam jedno- to co dotychczas proponowała medycyna nie pomagało rozwiązać problemu. Zlecane były kolejne badania, które na nic nie wskazywały, kolejne środki farmakologiczne tylko pogarszały sytuację, coraz bardziej zatruwały organizm, obciążały wątrobę, nerki, po prostu truły… Nie jestem lekarzem, nie poszukiwałam diagnozy, poszukiwałam pomocy dla swojego dziecka… Początki były trudne, nieudolne…

Popełniałam masę błędów, ale dzięki temu nauczyłam się też wiele. Początkowo szukałam zastępstwa dla jogurtów i mleka (Kuba wówczas wciąż pociągał butlę ok 3xdziennie a jogurt z owocami uwielbiał na 2gie śniadanie). Jogurty sojowe nie służyły, kokosowe również, więc zaczęłam robić sama jogurty jaglane, używając zakwasów. Mleko modyfikowane zamieniłam na hydrolizat (najpierw nutramigen, później neocate), a żeby zwiększyć jego kaloryczność, rozprowadzałam je na mleku roślinnym. Nauczyłam się piec chleb. Wyrzuciłam wszystkie odżywki, całą chemię z pożywienia- wszystkie przetworzone produkty. Wyczyściłam szafki z resztek zalegających makaronów, mąk, kasz, przypraw- usunęłam wszystko, co mogło zawierać choćby śladowe ilości glutenu. Wymieniłam zastawę, noże, deski do krojenia, garnki… Efekty dało się zauważyć bardzo szybko- mniej bóli brzucha, marudzenia, wypróżnień à więcej apetytu, uśmiechu, kilogramów! Badanie kontrolne (po 3 miesiącach) wskazywało poziom wchłaniania 90%! Szok!

 

NOWE NAWYKI

Każdy z nas jest inny. Mamy inne dolegliwości, problemy, temperamenty. Na różne sposoby dbamy o siebie i swoich bliskich… Nikt nie ma prawa narzucać nam co powinniśmy robić a czego nie. Wszystko to jest kwestią wyboru. Ja podjęłam decyzję blisko 2 lata temu, dokonałam wyboru z pełną stanowczością, dzięki czemu łatwiej było mi wytrwać w postanowieniu. Nie musiałam decydować za każdym razem sięgając do lodówki, czy podam na stół, lub czy dodam do posiłku ser, bo go w niej nie było. Nie decydowałam jaki makaron ugotować, bo w szafce był tylko gryczany. Przyzwyczaiłam się do kupowania przez internet produktów z certyfikatem. Początkowo moja motywacja była ogromna, jednak z czasem słabła… Byłam zmęczona ciągłym staniem przy garach (wszystko musiałam przygotować od podstaw, przecier z pomidorów do zupy, chleb, pastę do smarowania, nie mogłam użyć nawet mrożonek do ugotowania zupy, bo wszystkie gotowce mogły zawierać gluten lub mleko…) Czułam się trochę jak zakładnik kuchni, ale ani na moment nie poddałam się, bo już zadecydowałam wcześniej, że będziemy jeść czysto. Opracowałam własne sposoby na ułatwianie sobie życia (wekowanie zup, mrożenie np. klopsów itp., mrożenie warzyw w sezonie itp.), dzięki czemu o wiele lżej mi się żyje- wiem, że nawet jeśli gdzieś wyjdziemy a ja nie będę miała czasu na ugotowanie posiłku, otworzę słoik z zupą i po sprawie- zasady diety zachowane, wszyscy zadowoleni, najedzeni i zdrowi! Każdy z nas powinien dopasować do siebie sposób, w jaki będzie wyrabiał swoje nawyki- dla jednego może się okazać skuteczna taktyka „małych kroków”, dla innych „ostrego cięcia”. Najważniejsze to podjąć decyzję i konsekwentnie działać.

 

APEL

Nie traktujcie proszę tego wpisu jako poradnika zdrowego odżywiania, bo nie mam prawa udzielać żadnych rad. Jestem samoukiem- nie mam dyplomu medycyny, dietetyki czy dietoterapii (jeszcze;)). Nie zamierzam nikogo przekonywać do tego co powinien jeść i  dlaczego. Piszę do tych, którzy chcą zmienić sposób odżywiania ale nie wiedzą jak się za to zabrać, a w tym akurat mam doświadczenie. Ostatnie lata swojego życia spędziłam na poszukiwaniu sposobu by pomóc mojemu synkowi odzyskać zdrowie (jak się później okazało, pomogłam też sobie). Zmiana nawyków jest trudna. Nie działa tak szybko i spektakularnie jak połknięcie tabletki. Zmiana nawyków wymaga wzięcia na siebie odpowiedzialności za swoje życie i zdrowie. Łatwiej się żyje delegując tę odpowiedzialność lekarzom, którzy w końcu w tym kierunku się edukowali i proponują wygodne rozwiązania, jak wykupienie recepty. Niestety żaden lekarz nie jest w stanie poznać tak dobrze naszego organizmu jak my sami. Tylko my czujemy co nam pomaga a co nie. Jest wiele, sytuacji, na które medycyna nie zna odpowiedzi (np. dlaczego niektórzy chorzy na muko, pomimo niewydolności trzustki nie muszą przyjmować enzymów trawiennych…?), a jednak ciało podpowiada kiedy czuje się dobrze. Nie zrozumcie mnie źle, w żaden sposób nie podważam wiedzy medycznej, ani skuteczności środków farmakologicznych. Prawidłowa diagnoza lekarska i farmaceutyki są błogosławieństwem- wielokrotnie ratują życie. Nie zgadzam się jednak z tym, że na nich opiera się zdrowie. Zdrowie zarówno fizyczne jak i psychiczne, opiera się na naszych fundamentalnych nawykach- sposobie odżywiania, odpowiedniej ilości wypoczynku- snu, oraz aktywności fizycznej- ruchu. Bez tych filarów nikt nie jest w stanie na dłuższą metę czuć się dobrze i sprawnie funkcjonować. Nie jesteśmy całkiem bezradni wobec naszego zdrowia, jest wiele kwestii na które nie mamy wpływu, ale też równie dużo, na które mamy i możemy (a nawet powinniśmy) się nimi zająć.

 

Ps. A jakby ktoś chciał jeszcze posłuchać o naszej drodze do zdrowego odżywiania zostawiam link do podcastu, w którym miałam przyjemność gościć. Moja wypowiedź zaczyna się po 37 minucie.

WNZO 068: Zmiana diety i zdrowie – 3 prawdziwe historie

Ps.2.  Chcecie kolejny wpis z praktycznymi wskazówkami jak ogarnąć posiłki oraz kilkoma niezawodnymi przepisami?




oddzielenie
  • Facebook
  • Pinterest
  • Twitter
  • Google Plus
  • RSS
  • Email
  • Add to favorites

Dodano 30 lipca 2017 do kategori: Bez kategorii • Otagowano jako: , , , , , 2 komentarze

Komentarze
  1. Kownacka napisał(a):

    O kochana super wpis ☺ Podziwiam Cię bardzo ❕U nas też wieczny problem z waga i WC. Chociaż wcale tak mało nie je. Muszę spróbować wziąść przykład z Ciebie.

    • Mama Qbinka napisał(a):

      Dziękuję! Naprawdę polecam, Kuba bez odżywek, słodyczy, ociekających tłuszczem potraw jest aktualnie powyżej 40 centyla! Wcześniej mogliśmy jedynie marzyć o takim wyniku…

Napisz komentarz