Ratuję Kubusia

Historia pewnego Misia…

W całym gąszczu maskotek, klocków, autek i (oczywiście!) sów, mieszka Miś. Pluszowy, niewielki, w kolorze waniliowy. Nie jest zbyt ładny, właściwie brzydki, ale wcale nie za to go nie lubię…

Misia dostaliśmy od Mikołaja półtora roku temu. Mikołaj ten miał białą brodę, czerwony mundurek i duży brzuch- wszystko na swoim miejscu. Nieistotne, bo Mikołaj też nie jest winny mojej niechęci do M…

Kubuś natomiast, za każdym razem gdy widzi Misia, głośno się śmieje i wtula w niego całą twarz. I wtedy tego Misia kocham, bo dzięki niemu Kubuś ma dokładnie ten błysk w oku, dokładnie ten uśmiech, jest dokładnie taki, jaki jest.

Nie lubię tylko natknąć się na M sama. Gdy nie ma w pobliżu Kubusia, który by moje odczucia osłodził…

Gdy Mikołaj wręczał nam Misia, Kubuś był wtulony w moją pierś i łapczywie pił pokarm. Ja byłam spokojna, chociaż ręka mi się trzęsła. Nie ta, którą sięgałam po Misia. Ta druga, bo trzymała łyżeczkę z porcją przeliczonego enzymu trawiennego, który nie mógł się rozsypać zanim trafił do malej buzi. To był jeden z pierwszych posiłków w towarzystwie leków. Byłam spokojna, bo już wiedziałam. Wiedziałam co się dzieje, znałam diagnozę, wiedziałam że damy radę.

Mikołaj wyszedł z sali i zostaliśmy w niej tylko my- Kubuś, ja i M.
Potem nastała noc. Znów co chwilę budził mnie płacz dziecka. Czasem płacz z bólu, czasem z niepokoju, a powodów do płaczu było wiele… Kubuś spał spokojnie, wybudzał go tylko głód. To płakały dzieci z innych sal, innych szpitalnych oddziałów… Wtedy jeszcze mocniej tuliłam Kubusia na łóżku polowym, jakbym mogła w ten sposób ukoić żal wszystkich dzieci…

Ze szpitala wyszliśmy we czwórkę: Kubuś, Mateusz, ja i M. Razem z Misiem, wnieśliśmy do domu nowe rytuały, nierozłączne leki, inhalatory, strach… Dużo strachu. Chociaż Miś niczemu niewinny, a żal do niego absurdalny, to zawsze przywodzi tamte emocje.
Wtedy sprzed moich oczu znów zgarnia go Kubuś, głośno się śmieje i wtula w niego całą twarz i wtedy tego Misia znów kocham…
Może bez Misia byłoby inaczej. Gdybyśmy nie byli w tamtym szpitalu, gdyby nie było tego Misia, gdyby było mniej M w naszym życiu… Nieważne, bo Kubuś ma dokładnie ten błysk w oku, dokładnie ten uśmiech, jest dokładnie taki, jaki jest. Dużo się od niego uczę i dzięki temu dziś już nie martwię się tym, że byliśmy w tamtym szpitalu, cieszę się, bo dostaliśmy Misia!

na-crop

 




oddzielenie
  • Facebook
  • Pinterest
  • Twitter
  • Google Plus
  • RSS
  • Email
  • Add to favorites

Dodano 30 lipca 2014 do kategori: Rodzicielstwo • Otagowano jako: , , , Dodaj komentarz

Napisz komentarz